Przejdź do głównej zawartości

Nutella kontra silna wola – dziwny przypadek Lucy

 

OBrazek przedstawiający Lucy trzymającą w rękach słoik z kremem "NutYlla"

Nutella kontra silna wola – dziwny przypadek Lucy

Ktoś kiedyś powiedział:

„Znajdź silną wolę, to schudniesz.”

Taaa.

Łatwo powiedzieć.

Gorzej znaleźć.


Gdzie kupić silną wolę?

Lucy szukała silnej woli wszędzie.

W sklepie.

Na forum.

Na Allegro.

Na Temu.

Nie sprzedają.

Nie dają.

Nie proponują nawet w promocji.

A przecież gdyby była opcja:

„Silna wola, zestaw 2+1 gratis”

to brałabym od razu.

To trochę jak z tym dowcipem:

„Ugotuj makaron al dente.”

Tylko gdzie ja mam kupić to całe al dente?


Poszło o Nutellę

Oczywiście, że poszło o jedzenie.

A konkretnie o Nutellę.

Tak, tę Nutellę.

Słodką jak jasna cholera.

Czekoladową.

Z orzechami.

Totalnie niezdrową.

I niestety pyszną.

Wojnę stoczyłam:

  • ze sobą,

  • z Lucy,

  • z Ciastkiem,

  • ze sklepem,

  • znowu ze sobą.

I cóż.

Przegrałam.

A przynajmniej tak mi się na początku wydawało.


Promocja, czyli ulubiona broń Lucy

Sprawdziłam aplikację sklepu.

Błąd numer jeden.

Okazało się, że mam punkty, które dają mi świetną zniżkę na średni słoik Nutelli.

I wtedy Lucy wstała.

Lucy nie potrzebuje wiele.

Wystarczy:

  • promocja,

  • zniżka,

  • punkty,

  • i słowo „opłaca się”.

Nagle zaczyna się cała prezentacja sprzedażowa w mojej głowie.

„Przecież jest taniej.”

„Przecież masz punkty.”

„Przecież nie kupujesz jej codziennie.”

„Przecież możesz się kontrolować.”

A Ciastek z boku aplikacji patrzył tak, jak patrzy tylko księgowy, który już wie, że zaraz wydarzy się coś głupiego.


Trzy podejścia do wyjścia z domu

Wychodziłam z domu trzy razy.

TRZY.

Za pierwszym razem zatrzymałam się, bo pomyślałam:

„Po co?”

Za drugim razem Ciastek łypał na mnie z aplikacji.

Za trzecim razem Lucy już prawie popychała mnie do drzwi.

„Przecież masz zniżkę.”

„Przecież ja chcę Nutellę.”

„Przecież to tylko jeden słoik.”

Tak, Lucy.

Jeden słoik.

Już my się znamy.


A magiczny błonnik?

No właśnie.

Błonnik działa.

Serio działa.

Od jakiegoś czasu mam znacznie mniej ochoty na słodycze, mniej ciągłego „muszę” i mniej potrzeby wychodzenia do sklepu po coś.

Ale to nie znaczy, że stałam się nagle człowiekiem z marmuru.

Nie zawsze się udaje.

Stres w pracy.

Sprawy prywatne.

Zmęczenie.

Napięcie.

Można to nazwać wymówkami.

Ale czasem to po prostu jest tło, w którym decyzje robią się trudniejsze.


Kupiłam

No i kupiłam tę nieszczęsną Nutellę.

Nie będę udawać, że nie.

Nie będę robić z siebie osoby, która zawsze wygrywa.

Bo nie zawsze wygrywam.

Kiedyś taki słoik wystarczał mi na trzy dni.

Naprawdę.

I nie dlatego, że smarowałam nią pieczywo.

Nie.

Łyżeczką.

Bo wygodniej.

Bo szybciej.

Bo nie widać, ile się zjadło, dopóki łyżeczka nie zadzwoni o dno.

Bo przecież:

„Bez chleba to się nie liczy.”

Cudowna logika Lucy.


I tu wydarzyło się coś ciekawego

Nutella jest u mnie dłużej niż trzy dni.

I nadal daleko jej do dna.

To już samo w sobie jest dziwne.

Zjadłam ją nawet normalnie.

Z dwoma piętkami bułki na śniadanie.

A przypomnę, że ja 50-gramową bułkę potrafię pokroić na 5–6 małych kromeczek.

Zjadłam.

Oderwałam się.

Odstawiłam.

Zakręciłam słoik.

Wyniosłam.

I to jest dla mnie ważniejsze niż sam fakt, że ją kupiłam.


Brzuch ok. Waga ok.

Brzuch nie protestował.

Waga też nie zrobiła dramatu.

Nie piszę tego po to, żeby usprawiedliwiać zakup Nutelli.

Nie o to chodzi.

Nie będę teraz udawać, że to był genialny wybór żywieniowy, bo nie był.

Ale zauważyłam coś ważnego.

Potrafiłam przestać.

Potrafiłam przerwać coś, co kiedyś było dla mnie bardzo trudne.

Nie zjadłam słoika w trzy dni.

Nie siedziałam z łyżeczką nad dnem jak nad życiową porażką.

To jest zmiana.

Mała, ale prawdziwa.


Porażka z elementem sukcesu

Czy kupno Nutelli było porażką?

Trochę tak.

Czy zjedzenie jej było końcem świata?

Nie.

Czy coś się zmieniło?

Tak.

Bo kiedyś to byłby automat.

Kupuję.

Jem.

Zniknęło.

Teraz pojawiła się pauza.

A pauza to czasem więcej niż silna wola.


Nie znalazłam silnej woli

Lucy nadal jej nie znalazła.

Nie było jej ani w sklepie, ani na Allegro, ani na Temu.

Ale może problem nigdy nie polegał na tym, że silnej woli nie mam.

Może problem polegał na tym, że próbowałam walczyć bez żadnych narzędzi.

Bez obserwacji.

Bez przerwy.

Bez zrozumienia, co mnie pcha do sklepu.

Teraz mam trochę więcej danych.

Trochę więcej świadomości.

Trochę więcej pauzy.

I słoik Nutelli, który nadal nie jest pusty.

Niby porażka.

Ale z delikatnym sukcesem.


P.S.

Dziś 5 dzień słoika Nutelli. Nadal nie widać dna!


Komentarze

Warto przeczytać

Update aplikacji

Update aplikacji BodyMirror Zrobiłam update aplikacji BodyMirror – w sekcji "Waga" dołożyłam opcjonalne "Wypróżnienia", gdzie będzie można wpisać ich rodzaj oraz ilość. Logika aplikacji działa na podobnej zasadzie - analizuje wzroce na podstawie wpisanych posiłków. Ilość snu powiązałam również z posiłkami, samopoczuciem, ewentualną wagą, ale wzorzec będzie widoczny dopiero po około 10 wpisach. Link do aplikacji jest TUTAJ .

Dlaczego cukier, a nie erytrytol?

  Dlaczego cukier, a nie erytrytol? Brzmi jak herezja, prawda? Internet od kilku lat próbuje przekonać mnie, że cukier to biała śmierć, a erytrytol, ksylitol i cała reszta słodzikowej rodziny to niemal cud natury. No więc... Mój brzuch ma na ten temat nieco inne zdanie. Przecież są zdrowsze zamienniki Jest ich całe mnóstwo. Erytrytol. Ksylitol. Stewia. Słodziki. Mieszanki. Produkty "bez cukru". Produkty "fit". Produkty "zero". Produkty "light". Brzmi świetnie. I pewnie dla wielu osób faktycznie świetnie działa. Ja też dałam się skusić. Oczywiście na promocji. Bo jakżeby inaczej. Lucy zobaczyła promocję Zachęcona atrakcyjną ceną kupiłam dwa opakowania erytrytolu. Dwa. Bo przecież jak promocja, to trzeba korzystać. Prawda? Nieprawda. Już po pierwszym użyciu gorzko tego pożałowałam. Dosłownie i w przenośni. Czym właściwie są poliole? Tutaj zaczyna się ciekawsza część historii. Erytrytol i ksylitol należą do grupy substancji nazywanych poliolami. Pol...

Dziwny przypadek Lucy

  Dziwny przypadek Lucy vel Lucindy (mój znaczy): Ten sam obiad. Prawie. Czasem człowiekowi wydaje się, że już coś wie. Że zna winowajcę. Że rozgryzł swój brzuch. Że problemem jest mięso, tłuszcz, smażenie, ciężki obiad albo jeszcze coś innego. A potem wystarczy zmienić jeden element posiłku i cały misterny plan analizy robi efektowne „ups”. Tak właśnie było u mnie. A właściwie u Lucy. No dobrze. U mnie. Przypadek numer jeden: ziemniaki i dramat Posiłek: obiad. Ziemniaki. Schab z szybkowaru. Sałata masłowa z jogurtem greckim i cukrem. Teoretycznie nic szalonego. Mięso gotowane, nie smażone. Ziemniaki normalne, bez tłuszczu i mleka. Sałata masłowa. Jogurt grecki, trochę cukru. Brzmi jak zwykły domowy obiad, a nie jelitowy zamach stanu. A jednak. Dość krótko po posiłku zaczął boleć mnie brzuch. A kilka godzin później pojawiły się gazy takie, że pies nie chciał spać ze mną w łóżku. I powiedzmy sobie szczerze: jeśli pies rezygnuje z łóżka, to sytuacja jest poważna. Lucy oczywiśc...