I znowu ta pizza...
Za chwilę wyjdzie, że żywię się wyłącznie pizzą.
Otóż nie.
Ale będąc ostatnio w sklepie, Lucy kątem mojego oka dostrzegła promocję na naszą ulubioną pizzę.
I przepadło.
To znaczy... Lucy przepadła.
Ja tylko stałam obok i bezskutecznie próbowałam udawać rozsądną osobę.
Pisałam już wcześniej TUTAJ o tej całej pizzowej aferze i wygląda na to, że właśnie doczekaliśmy się jej kolejnego rozdziału.
Bo przecież pizza była w zamrażarce.
A skoro była w zamrażarce, to nie mogła się zmarnować.
Logika Lucy jest czasami naprawdę przerażająco skuteczna.
Problem nie jest w pizzy
A przynajmniej nie tylko.
U mnie od zawsze działa pewien schemat.
Jeśli mam coś do jedzenia w ilości „sztuk x”, to szanse, że te „sztuk x” przetrwają tyle, ile powinny, są niewielkie.
Pięć małych Prince Polo?
Moment i nie ma.
Dwie pizze?
Dwa dni.
Brzmi śmiesznie, ale za tym śmiesznym mechanizmem kryje się coś znacznie ważniejszego.
Pizza i kalorie
Pamiętacie wpis o kaloriach?
To dokładnie ten sam dramat.
Moja ulubiona pizza ma około 940–950 kcal.
Wczoraj zjadłam połowę.
Czyli około 470 kcal.
Brzmi jeszcze całkiem niewinnie.
Najpierw pojechałam do McDonald's po moje ukochane McFlurry.
Kupiłam.
Zjadłam.
Zamlaskałam.
I dopiero później stwierdziłam, że sprawdzę kalorie.
Nie wiem, czy zaczynam popadać w paranoję kaloryczną, której zawsze chciałam uniknąć, czy po prostu zaczynam zwracać uwagę na liczby.
W każdym razie sprawdziłam.
420 kcal.
Czterysta dwadzieścia.
Prawie tyle samo co pół pizzy.
I wiecie co?
W tym momencie te lody przestały być aż tak magiczne.
Nie dlatego, że nagle są złe.
Po prostu pierwszy raz zobaczyłam je w liczbach.
Widzieć zależności
To jest chyba najważniejsza rzecz, której próbuję się nauczyć.
Nie zakazy.
Nie demonizowanie jedzenia.
Nie życie na sałacie.
Widzenie zależności.
Bo gdybym zamieniła te 420 kcal lodów na normalny posiłek, najprawdopodobniej byłabym bardziej najedzona i dłużej syta.
I nie sięgnęłabym po pizzę.
To nie oznacza, że nigdy więcej nie zjem lodów.
To oznacza tylko, że zaczynam rozumieć cenę różnych wyborów.
A teraz brzuch zabrał głos
Pizzę zjadłam około godziny 18.
Połowę.
Druga połowa nadal czekała w lodówce.
Dzisiaj rano było już znacznie mniej zabawnie.
Wzdęcia.
Przelewanie.
Gazy.
Ból.
I oczywiście waga znowu pokazała ponad 65 kg.
Nie dlatego, że przez jedną noc przybył mi prawie kilogram tłuszczu.
Po prostu organizm zatrzymał wodę.
I właśnie dlatego o tym piszę.
Bo bardzo łatwo popaść w stereotyp:
„Pizza tuczy”.
A rzeczywistość jest bardziej skomplikowana.
Nie wszystkim szkodzi to samo
Są osoby, którym kawałek czy nawet pół pizzy nie zrobi większej różnicy.
Ani na wadze.
Ani w samopoczuciu.
Ani w jelitach.
Ja najwyraźniej do tej grupy nie należę.
Połączenie:
dużej ilości węglowodanów,
tłuszczu,
przetworzonych składników
powoduje u mnie konkretne dolegliwości.
I to właśnie obserwuję.
Nie internet.
Nie rolki.
Nie cudowne diety.
Swoje własne reakcje.
Metoda Montignaca i pewna ciekawa myśl
Przy okazji przypomniała mi się Metoda Montignaca.
Jej założenia opierają się między innymi na:
produktach o niskim indeksie glikemicznym,
oraz odpowiednim łączeniu składników.
Czy jest dla mnie?
Raczej nie.
Moje jelita już na samą myśl o pełnoziarnistym pieczywie zaczynają pisać protest.
Ale sama idea obserwowania połączeń produktów wydaje mi się bardzo interesująca.
Zwłaszcza patrząc na historię z pizzą.
Co dalej?
Drugą połowę pizzy oczywiście zjem.
Nie jestem zwolenniczką wyrzucania jedzenia.
Ale kolejnej nie kupię.
Nawet gdyby dawali trzy w cenie jednej.
Bo kasa kasą.
Promocja promocją.
Ale zdrowia szkoda bardziej.
A lody?
Od czasu do czasu.
Po prostu niekoniecznie te najbardziej wypasione dodatkami.
Czy dam radę?
Nie wiem.
Ale będę się starać.
I chyba właśnie o to chodzi.

Komentarze
Prześlij komentarz
Komentarze są moderowane. Spam i reklamy nie będą publikowane.