Błonnik, który zahamował dwie rzeczy – chęć podjadania i chęć kupowania
Czasami dzieją się rzeczy, których kompletnie się nie spodziewam.
I właśnie dlatego prowadzę ten blog.
Bo gdyby ktoś mi miesiąc temu powiedział, że pewien niepozorny błonnik sprawi, że przestanę myśleć zarówno o Prince Polo, jak i o zakupach, to popukałabym się w czoło.
A jednak.
No Cookie Today™ robi swoje
Moja aplikacja No Cookie Today™ odwala kawał dobrej roboty.
Wreszcie widzę, na co wydaję pieniądze.
Widzę:
drobne zakupy,
impulsy,
zachcianki,
i wszystkie te małe wydatki, które pojedynczo wyglądają niewinnie, a razem robią całkiem sporą kwotę.
Jeszcze niedawno zakup kolejnej pierdoły trochę bolał.
Teraz nie boli.
Bo po prostu nie kupuję.
I to jest chyba jeszcze dziwniejsze niż wszystko, co napiszę dalej.
Prince Polo zniknęło
A przynajmniej prawie.
Jeszcze prawie dwa tygodnie temu przy zwykłych zakupach bardzo często lądowało w koszyku Prince Polo.
Bo przecież:
zmieszczę się w limicie kcal,
to tylko jeden wafelek,
nic się nie stanie.
Zawsze znajdowało się jakieś uzasadnienie.
Teraz?
Nie pamiętam nawet, jaki ma smak. Wiem, że jest słodkie.
I nie dlatego, że sobie zabraniam.
Po prostu nie chce mi się.
Błonnik, który nie powinien działać tak dobrze
Mówię o błonniku, który akurat mogę spożywać.
Tak, tym brzydkim.
Tym z błonnikiem pszennym.
Jeśli ktoś kiedyś wymyślił błonnik dla IBS-owców, to naprawdę należy mu się jakaś nagroda.
Bo u mnie dzieją się rzeczy, których się nie spodziewałam.
Po pierwsze: zniknęło ciągłe myślenie o jedzeniu
Największa zmiana?
Nie mam już tego nieustannego:
„Muszę coś zjeść.”
„Może Prince Polo?”
„Może wafelek?”
„Może coś słodkiego?”
„Może jednak skoczę do sklepu?”
Nie.
Po prostu nie.
Nie mam ciśnienia.
Nie mam obsesyjnego myślenia o jedzeniu.
Nie mam poczucia, że czegoś mi brakuje.
I to jest dla mnie ogromna zmiana.
Po drugie: nie chce mi się iść do sklepu
I tutaj byłam w szoku.
Bo o ile brak ochoty na słodycze jeszcze potrafię zrozumieć, to brak ochoty na zakupy?
Tego się nie spodziewałam.
Oczywiście No Cookie Today™ robi tutaj swoją robotę.
Widzę wydatki.
Widzę konsekwencje.
Szkoda mi pieniędzy.
Ale jeszcze niedawno mimo wszystko w koszyku lądowało coś dodatkowego za 2,39 zł.
Teraz coraz częściej nie ląduje nic.
A może to właśnie było „muszę”?
Zaczynam się zastanawiać, czy największym problemem nie było samo jedzenie.
Może problemem było to ciągłe:
„Muszę.”
Muszę coś zjeść.
Muszę coś kupić.
Muszę mieć.
Muszę spróbować.
Jeśli ten błonnik faktycznie wyciszył to „muszę”, to jest ogromna szansa, że te moje ostatnie 6 kilogramów w końcu zejdzie.
Nie dlatego, że się głodzę.
Nie dlatego, że walczę ze sobą.
Tylko dlatego, że wreszcie zrobiło się trochę ciszej.
A waga?
Dziś rano zobaczyłam na wadze 64,35 kg.
Co jest o tyle ciekawe, że dzień wcześniej jadłam w restauracji żurek z ziemniakami, jajkiem i kiełbasą.
Normalny.
Przyprawiany.
Bez żadnych dietetycznych sztuczek.
I nic mi nie było.
Serio.
Mamo...
Jeśli czytasz ten post, to wiem.
Wiem, że według Ciebie już dobrze wyglądam.
Wiem, że już nie „muszę”.
Ale ja chcę.
Jeszcze tylko 6 kilogramów.
Do 59 kg.
I koniec.
A potem?
Potem najtrudniejsza część.
Utrzymać.

Komentarze
Prześlij komentarz
Komentarze są moderowane. Spam i reklamy nie będą publikowane.