Przejdź do głównej zawartości

(Nie)kontrolowane zakupy

 

Sarkastyczna ilustracja przedstawiająca Lucy, która poszła do sklepu po masło, a wróciła z toną słodyczy.

(Nie)kontrolowane zakupy

Poszłam do sklepu po masło.

Wróciłam z Prince Polo, kremówką i ciastem na promocji.

Masła nie było.

Lucy uznała, że „to się zdarza”.

A ja wiedziałam, że to nie przypadek.


To nie był przypadek

Kiedyś bardzo łatwo było mi powiedzieć:

„No trudno, zdarzyło się.”

Tylko że jeśli coś „zdarza się” regularnie, to przestaje być przypadkiem.

To zaczyna być schemat.

A schemat wygląda mniej więcej tak:

idę po jedną rzecz,
widzę promocję,
widzę coś słodkiego,
myślę „wezmę na później”,
wracam do domu z rzeczami, których wcale nie planowałam kupić.

A potem patrzę na torbę i myślę:

„Po co ja to wzięłam?”


Lucy lubi promocje

Lucy ma bardzo specyficzny talent.

Potrafi wejść do sklepu po jedną rzecz i wyjść z całym zestawem „przydasię”.

Prince Polo?
Przyda się.

Ciasto na promocji?
Szkoda nie wziąć.

Kremówka?
No przecież jedna kremówka jeszcze nikomu życia nie zniszczyła.

Problem w tym, że tu nie chodzi o jedną kremówkę.

Chodzi o moment, w którym decyzja podejmuje się szybciej niż ja zdążę pomyśleć.


To nie zawsze jest głód

Najgorsze jest to, że bardzo często ja nawet nie jestem głodna.

Nie idę do sklepu, bo naprawdę czegoś potrzebuję do jedzenia.

Idę po konkretną rzecz, a wracam z jedzeniem, które ma mi coś dać.

Chwilową przyjemność.
Nagrodę.
Ulgę.
Poczucie, że „coś mi się należy”.

I dopiero później przychodzi ta mniej przyjemna część:

brzuch,
waga,
wyrzuty sumienia,
i pytanie: „znowu?”


Zakupy i jedzenie mają ze sobą więcej wspólnego, niż myślałam

Przez długi czas traktowałam to osobno.

Podjadanie to jedno.
Nieplanowane zakupy to drugie.

Ale im bardziej zaczęłam się sobie przyglądać, tym bardziej widziałam, że mechanizm bywa bardzo podobny.

„Zjem tylko trochę.”
„Kupię tylko jedną rzecz.”
„To nic takiego.”
„Od jutra już normalnie.”

Brzmi znajomo?

U mnie brzmi aż za znajomo.


Problem nie zawsze jest w tym, co kupuję

Oczywiście, mogłabym powiedzieć, że problemem jest Prince Polo, kremówka albo ciasto na promocji.

Tylko że to byłoby zbyt proste.

Bo prawdziwy problem jest wcześniej.

W tym momencie, kiedy sięgam po coś automatycznie.

W tym krótkim ułamku sekundy, kiedy Lucy już zdecydowała, a ja dopiero próbuję zrozumieć, co się dzieje.


Dlatego zaczęłam zapisywać

Nie po to, żeby się karać.

Nie po to, żeby robić z siebie księgową własnych porażek.

Tylko po to, żeby zobaczyć prawdę.

Bo dopóki czegoś nie zapiszę, bardzo łatwo to rozmyć.

„To tylko parę złotych.”
„To tylko raz.”
„To była promocja.”
„Przecież każdy tak ma.”

Ale kiedy widzę to czarno na białym, zaczyna się robić ciekawie.

I trochę niewygodnie.


Lucy potrzebuje granic

Lucy nie potrzebuje kolejnego wykładu o silnej woli.

Lucy potrzebuje systemu.

Czegoś prostego, co pokaże jej:

ile naprawdę wydaje,
na co naprawdę wydaje,
kiedy kupuje impulsywnie,
i czy to „tylko raz” faktycznie jest tylko raz.

Bo Lucy bardzo lubi opowiadać historie.

A liczby są bezczelne.

Liczby nie negocjują.


I właśnie dlatego buduję aplikację

Jestem w trakcie budowania prostej aplikacji do kontrolowania codziennych wydatków.

Bez logowania.
Bez konta.
Bez oceniania.
Bez udawania, że od jutra człowiek stanie się idealną wersją siebie.

Chodzi mi o coś bardzo prostego:

żeby zobaczyć, ile pieniędzy ucieka na rzeczy, które kupuję impulsywnie.

Szczególnie na jedzenie, słodycze i te wszystkie małe „nic takiego”, które po miesiącu nagle robią się całkiem dużym „o cholera”.


To nie jest aplikacja o byciu idealną

Nie buduję jej po to, żeby Lucy nigdy już nie kupiła Prince Polo.

Nie oszukujmy się.

Lucy pewnie jeszcze kupi.

Ale może następnym razem zobaczy, że to nie była jedna decyzja.

Tylko część wzorca.

A kiedy widzę wzorzec, mam większą szansę go przerwać.


Nie chcę walczyć ze sobą. Chcę siebie zrozumieć

To jest dla mnie najważniejsze.

Nie chcę kolejnego systemu, który mówi mi, że zawaliłam.

Nie chcę kolejnej tabelki, która ma mnie zawstydzić.

Chcę narzędzia, które pomoże mi zobaczyć:

  • gdzie uciekają pieniądze,
  • kiedy kupuję bez kontroli,
  • co mnie do tego pcha,
  • i czy naprawdę potrzebowałam tego, co włożyłam do koszyka.

Bo czasem największa zmiana zaczyna się nie od zakazu.

Tylko od zauważenia.


Masła nadal nie było

I to chyba najlepsze podsumowanie całej historii.

Poszłam po masło.

Wróciłam z rzeczami, których nie planowałam.

A to, po co poszłam, zostało w sklepie.

Lucy uznała, że życie bywa skomplikowane.

Ja uznałam, że czas zrobić coś, co pomoże mi ją trochę ogarnąć.

Bo Lucy może mieć chaos w głowie.

Ale portfel naprawdę nie musi za to płacić.

Komentarze

Warto przeczytać

Update aplikacji

Update aplikacji BodyMirror Zrobiłam update aplikacji BodyMirror – w sekcji "Waga" dołożyłam opcjonalne "Wypróżnienia", gdzie będzie można wpisać ich rodzaj oraz ilość. Logika aplikacji działa na podobnej zasadzie - analizuje wzroce na podstawie wpisanych posiłków. Ilość snu powiązałam również z posiłkami, samopoczuciem, ewentualną wagą, ale wzorzec będzie widoczny dopiero po około 10 wpisach. Link do aplikacji jest TUTAJ .

Dlaczego cukier, a nie erytrytol?

  Dlaczego cukier, a nie erytrytol? Brzmi jak herezja, prawda? Internet od kilku lat próbuje przekonać mnie, że cukier to biała śmierć, a erytrytol, ksylitol i cała reszta słodzikowej rodziny to niemal cud natury. No więc... Mój brzuch ma na ten temat nieco inne zdanie. Przecież są zdrowsze zamienniki Jest ich całe mnóstwo. Erytrytol. Ksylitol. Stewia. Słodziki. Mieszanki. Produkty "bez cukru". Produkty "fit". Produkty "zero". Produkty "light". Brzmi świetnie. I pewnie dla wielu osób faktycznie świetnie działa. Ja też dałam się skusić. Oczywiście na promocji. Bo jakżeby inaczej. Lucy zobaczyła promocję Zachęcona atrakcyjną ceną kupiłam dwa opakowania erytrytolu. Dwa. Bo przecież jak promocja, to trzeba korzystać. Prawda? Nieprawda. Już po pierwszym użyciu gorzko tego pożałowałam. Dosłownie i w przenośni. Czym właściwie są poliole? Tutaj zaczyna się ciekawsza część historii. Erytrytol i ksylitol należą do grupy substancji nazywanych poliolami. Pol...

Dziwny przypadek Lucy

  Dziwny przypadek Lucy vel Lucindy (mój znaczy): Ten sam obiad. Prawie. Czasem człowiekowi wydaje się, że już coś wie. Że zna winowajcę. Że rozgryzł swój brzuch. Że problemem jest mięso, tłuszcz, smażenie, ciężki obiad albo jeszcze coś innego. A potem wystarczy zmienić jeden element posiłku i cały misterny plan analizy robi efektowne „ups”. Tak właśnie było u mnie. A właściwie u Lucy. No dobrze. U mnie. Przypadek numer jeden: ziemniaki i dramat Posiłek: obiad. Ziemniaki. Schab z szybkowaru. Sałata masłowa z jogurtem greckim i cukrem. Teoretycznie nic szalonego. Mięso gotowane, nie smażone. Ziemniaki normalne, bez tłuszczu i mleka. Sałata masłowa. Jogurt grecki, trochę cukru. Brzmi jak zwykły domowy obiad, a nie jelitowy zamach stanu. A jednak. Dość krótko po posiłku zaczął boleć mnie brzuch. A kilka godzin później pojawiły się gazy takie, że pies nie chciał spać ze mną w łóżku. I powiedzmy sobie szczerze: jeśli pies rezygnuje z łóżka, to sytuacja jest poważna. Lucy oczywiśc...