Ja chcę schudnąć. Lucy niekoniecznie.
Ja chcę schudnąć.
Lucy też powinna.
Ale Lucy nie chce.
Ja chcę.
To bardzo skomplikowana relacja.
To tylko 5–6 kg. Tylko.
Niby niedużo.
Raptem 5–6 kg.
Po tych ponad 20 kg, które już schudłam, wydaje się to wręcz niczym.
I właśnie to jest chyba największa pułapka.
Bo człowiek zaczyna myśleć:
„To przecież tylko trochę.”
„To już prawie koniec.”
„To samo zejdzie.”
No nie.
Nie zejdzie.
Zwłaszcza jeśli Lucy regularnie sabotuje całą operację.
Lucy kusi. Trzeba na kogoś zrzucić winę.
Lucy kusi wszystkim.
Wafelkiem.
Pizzą.
„Tylko czymś małym.”
„Przecież dziś miałam ciężki dzień.”
„Od jutra już normalnie.”
Klasyka.
Potrafi wręcz wymusić wyjście do sklepu.
I najgorsze jest to, że ja wiem, jak to się skończy.
Po drożdżówce brzuch tragedia.
Po pizzy też.
Ale Lucy ignoruje fakty, a ja przegrywam.
Kupuję. Jem. Potem umieram.
Naprawdę ciężko nazwać to inteligentnym planem życiowym.
To „muszę” jest straszne
Najgorsze jest chyba właśnie to uczucie:
„muszę”.
Nie:
- „mam ochotę”
- „wybieram”
- „mogę”
Tylko:
„muszę”.
I brzmi to trochę jak hipokryzja.
Tutaj aplikacja krzyczy na czerwono, że wydałam za dużo na pierdoły.
Tutaj mówię:
„nie kupuj głupot”
A chwilę później:
kupuję wafelka.
Tutaj:
„pizza mi szkodzi”
A potem:
jem pizzę.
Hipokryzja?
Może trochę.
Ale chyba bardziej człowieczeństwo niż hipokryzja.
Dlaczego więc nie chudnę?
Odpowiedź jest brutalnie prosta.
Bo wpierdzielam za dużo kalorii.
I wiem, że to mało magiczna odpowiedź.
Nie hormony księżyca.
Nie tajemniczy metabolizm z TikToka.
Kalorie.
Po prostu.
1300 kcal i moje wielkie zdziwienie
Zbudowałam sobie na szybko kalkulator BMI i kalorii.
Tak, wiem.
Takich kalkulatorów jest pół internetu.
Ale ja lubię mieć swoje rzeczy (wrzucę go lada chwila).
Po wpisaniu:
- wieku,
- wzrostu (164 cm),
- obecnej wagi (65 kg),
- siedzącego trybu pracy
i odjęciu kalorii na redukcję…
wyszło mi około 1300 kcal dziennie.
I wtedy Lucy spojrzała na pizzę.
Pizza spojrzała na Lucy.
A ja już wiedziałam, że to się źle skończy.
900 kcal w jednej pizzy robi „dzień dobry”
Pizza, którą Lucy kupuje, ma około 950 kcal.
Załóżmy nawet, że coś skapnie psu.
Niech będzie 900 kcal.
Na jeden posiłek.
Albo dwa tego samego dnia.
To nadal 900 kcal.
A potem:
- śniadanie,
- wafelek 🙄
- „coś małego”
- „tylko kawałek”
- „przecież to niewiele”
I nagle robi się dużo więcej niż 1300 kcal.
Dużo szybciej, niż człowiek chce przyznać.
Przy 86 kg było łatwiej
I tutaj przypomniałam sobie coś bardzo ważnego.
Przy wadze 86 kg moje zapotrzebowanie energetyczne było większe niż teraz.
Mogłam jeść więcej i nadal chudnąć.
Nie liczyłam wtedy kalorii.
Po prostu bardzo uważnie słuchałam swojego organizmu.
I odstawiłam słodkie.
To była ogromna różnica.
Próbowałam już chyba wszystkiego
Kiedy zaczęłam się nad tym zastanawiać, próbowałam sobie przypomnieć, co wtedy mi pomagało.
A uwierzcie mi:
stosowałam już chyba wszystko.
Od Meridii — która była skuteczna, ale po odstawieniu dała efekt jojo (i od lat nie jest już dostępna w Polsce) — po różne suplementy, chrom, Liporedium i błonnik.
I właśnie ten ostatni przypomniał mi się najmocniej.
Błonnik, który robi różnicę
To był jedyny błonnik, który mogłam spożywać bez większych problemów.
Przynajmniej u mnie.
Kupiłam go znowu jakiś czas temu.
I oczywiście olałam.
Bo przecież:
„jem mało”.
Doopa, a nie mało.
I to jest chyba najgorsze w nadmiarze kalorii.
Bardzo często człowiek naprawdę wierzy, że je niewiele.
Dopóki nie zacznie tego widzieć.
Zdrowe jedzenie nie zawsze oznacza mniej kalorii
Wcześniej pisałam o tym, że można cierpieć nawet po zdrowych produktach:
- pełnoziarnistym pieczywie,
- makaronach,
- dużej ilości białka,
- różnych „fit” rzeczach.
I tak.
Można.
Bardzo.
Ale prawda jest też taka, że nadmiar kalorii potrafi rozwalić organizm równie skutecznie.
Zwłaszcza kiedy:
- jem za szybko,
- jem impulsywnie,
- jem mimo sygnałów organizmu,
- jem „bo muszę”.
Można schudnąć na białym pieczywie
Pisałam też wcześniej, że można schudnąć jedząc:
- białe pieczywo,
- białe makarony,
- mniej „fit” rzeczy.
I nadal to podtrzymuję.
Można.
Ja to wiem.
Ale pisałam też, że nie będzie tutaj o kaloriach.
No i znowu trochę hipokryzją zawiało.
Dlaczego?
Bo jednak trochę te kalorie wjadą.
Deficyt to nie kara
Jeśli chcę schudnąć, muszę być w deficycie kalorycznym.
A nie jeść tyle, ile mi się podoba.
Jedząc po staremu:
- nie schudnę,
- albo wręcz znowu przytyję.
Jedząc za mało:
- pewnie schudnę,
- ale kosztem zdrowia, energii i samopoczucia.
Dlatego muszę to zrobić z głową.
Może niekoniecznie z kalkulatorem przyklejonym do ręki.
Ale jednak z głową.
Mimo wszystko wiem, że będzie bardzo ciężko.
Ja nie mogę jeść dużo białka, bo mam zatwardzenie.
Nie mogę jeść większości warzyw, bo mam IBS.
Nie mogę jeść ciemnego pieczywa ani makaronów, bo mam refluks.
Pizza może wjechać. Ale nie cała.
Jeśli pizza ma wjechać — niech wjedzie.
Ale może połowa.
To nadal około 450 kcal.
Drugie 450 na następny dzień.
(Tak, pamiętam o psie. Tak, wiem, że nie powinien jeść pizzy.)
I właśnie chyba tego próbuję się nauczyć:
nie życia w zakazach.
Tylko życia w granicach.
BodyMirror Balance
I tutaj dochodzimy do rzeczy, która chodzi mi po głowie od jakiegoś czasu.
BodyMirror dostanie drugą odsłonę:
BodyMirror Balance.
Ale szczegółów jeszcze nie zdradzę.
Pomysł jest świetny.
Przynajmniej według mnie.
Lucy mniej się cieszy.
Bo to już nie będzie tylko aplikacja o objawach.
To zaczyna robić się całe uniwersum.
A ja właśnie weszłam w etap:
„o nie… znowu buduję coś ogromnego.”

Komentarze
Prześlij komentarz
Komentarze są moderowane. Spam i reklamy nie będą publikowane.