Przejdź do głównej zawartości

Kompulsywne wydawanie pieniędzy - problem, który opanowałam

 

(Nie)kontrolowane zakupy. Jak zaczęłam widzieć, gdzie uciekają mi pieniądze

Odrobinę odbiegnę od jedzenia

Odrobinę odbiegnę od tematu odżywiania, choć tak naprawdę to wszystko jest ze sobą połączone.

Jedzenie, słodycze, zakupy, poprawianie sobie nastroju, poczucie winy, nagroda, chwilowa ulga — to bardzo często kręci się wokół tego samego mechanizmu.

Od lat zmagałam się z kompulsywnym wydawaniem pieniędzy na rzeczy, których nie potrzebowałam.

Nie będę wchodzić tutaj w szczegóły, bo to dla mnie zbyt osobiste. Napiszę tylko tyle: problem spłacania skutków tych wydatków został ze mną do dziś.

I jeśli ktoś zna ten problem, to zrozumie mnie bez długiego tłumaczenia.


Nagroda, ulga i kolejny koszyk

Nagroda.
Polepszenie nastroju.
Zagłuszanie poczucia winy.
Potem znowu poczucie winy.
Potem znowu przyjemność.

Można wyliczać bez końca.

W tym stanie człowiek nie widzi realnie portfela.
Nie widzi stanu konta.
Nie widzi konsekwencji.

Widzi tylko:

„kup teraz”
„promocja”
„ostatnie sztuki”
„to mi się przyda”
„należy mi się”

A potem kolejne pożyczki „na klik”.

Bo skoro dają, to czemu nie brać?

Dziś brzmi to dla mnie brutalnie. Ale wtedy mózg naprawdę potrafił to pięknie uzasadnić.


Musiałam znaleźć przyczynę

W końcu zaczęłam się zastanawiać, jak zapanować nad tym chaosem.

Nad tą siłą, która pchała mnie do kolejnego koszyka na Temu, Allegro, do ciastek w sklepie, do czekolady, do „tylko jednej rzeczy”.

Już pomijam wagę.
Już pomijam stan brzucha.

Ja po prostu czułam, że muszę.

A to „muszę” jest najgorsze.

Bo kiedy coś w głowie mówi „musisz”, trudno wtedy mówić o spokojnej decyzji.


Na początku maja powiedziałam sobie: dość

Na początku maja tego roku powiedziałam sobie: dość.

Muszę zacząć realnie widzieć:

ile mam pieniędzy,
ile zostaje mi po rachunkach,
ile mogę wydać miesięcznie,
i ile mogę przeznaczyć na codzienne zakupy.

Rachunki są u mnie święte. Must have.

Po odjęciu wszystkiego wyszło mi, że na codzienne zakupy mogę przeznaczyć około 20 zł dziennie.

AŻ 20 zł.

I tak, piszę „aż”, bo kiedy człowiek zaczyna patrzeć na pieniądze naprawdę, nagle okazuje się, że te małe kwoty są dużo większe, niż się wydawało.


Nie chciałam polegać na algorytmach banku

Nie chciałam odpalać konta bankowego i liczyć, że tamtejsze algorytmy dobrze podzielą mi wydatki na podróże (których nie mam), codzienne zakupy, jedzenie czy cokolwiek jeszcze.

Chciałam to zrobić po mojemu.

Według moich zasad.

Tak, jak ja to rozumiem.

Bo dla banku coś może być „zakupami”.
Dla mnie to może być „głupotka”.
Albo jedzenie.
Albo wyjątek.
Albo coś, czego w ogóle nie powinnam była kupić.


Excel? Nie tym razem

Pomyślałam o Excelu, bo Excel znam i lubię.

Ale prawda jest taka, że przy codziennym wpisywaniu wydatków Excel byłby dla mnie za ciężki.

Za dużo klikania.
Za dużo otwierania.
Za dużo okazji, żeby powiedzieć: „wpiszę później”.

A „później” w takich rzeczach bardzo często znaczy „nigdy”.

Stanęło więc na aplikacji.

Tak. Znowu aplikacja.

Instalowalna, bo chciałam mieć ją na telefonie zawsze pod ręką.

Potrzebowałam, więc zrobiłam.

Tak powstało No Cookie Today.

Ale nazwa, nie?




Najważniejszy warunek: szczerość

Warunek poprawnego działania takiej aplikacji jest jeden:

szczerość.

Wpisywanie każdego wydatku.

Nawet lizaka.
Cukierka.
Wafelka.
Gumy do żucia.
Małej bułki.
„Tylko czegoś za 3 zł”.

Dlaczego?

Bo tylko wtedy widzę, ile realnie wydaję.

Nie ile mi się wydaje.
Nie ile pamiętam.
Nie ile mój mózg łaskawie uzna za warte zapisania.

Tylko ile naprawdę.


Po kilku dniach zobaczyłam coś ważnego

Po kilku dniach używania aplikacji nagle doszłam do wniosku, że te 20 zł dziennie naprawdę wystarcza mi na podstawowe codzienne zakupy (umówmy się - dla jednych to bida z nędzą, a dla innych to majątek - nie osądzamy!).

Jeśli dziś wydam 15 zł, to jutro mam 25 zł.

Jeśli jutro wydam 30 zł, to następnego dnia zostaje 15 zł.

Logika jest bardzo prosta.

I właśnie dlatego działa.

Bo nie chodzi o karanie siebie.

Chodzi o to, żeby widzieć konsekwencje.

Nie za miesiąc.
Nie kiedy konto płacze.
Tylko od razu.


Kategorie, które mają sens dla mnie

Do aplikacji dodaję różne źródła i wydatki:

Lunch Pass,
vouchery,
ekstra pieniądze,
opłaty,
subskrypcje,
zakupy codzienne,
wyjątki,
i wszystkie inne rzeczy, które muszą mieć swoje miejsce.

Bo aplikacja sama się nie zrobi — czasem trzeba wspomóc się narzędziami AI, a subskrypcje też kosztują.

Najważniejsze jest jednak to, że wszystko trafia do odpowiednich kategorii.

I wtedy widzę:

ile,
na co,
kiedy,
po co,
i dlaczego znowu tak dużo.


Zakładka „Głupotki”

Mam też kategorię „Głupotki”.

Bo umówmy się: nic tak nie poprawia humoru jak nowa piżama z Temu albo legginsy z Allegro.

Nie chodzi o to, żeby zakazać sobie wszystkiego.

To by u mnie nie zadziałało.

Zakaz wszystkiego bardzo szybko rośnie do rangi wybuchu.
A potem wracają niekontrolowane zakupy.
Tylko mocniej.

Coś jak efekt jojo, tylko finansowy.

Dlatego nie chodzi o zakaz.

Chodzi o granice.


100 zł na głupotki

Ustawiłam sobie budżet na głupotki: 100 zł miesięcznie.

W tym miesiącu wydałam 115 zł.

Czyli przekroczyłam budżet o 15 zł.

Wniosek?

W następnym miesiącu na głupotki będę mieć 85 zł.

Czy to działa?

Tak.

Bo aplikacja drze się do mnie na czerwono, że budżet został przekroczony.

I nagle to już nie jest niewidzialne.



Ciastek, czyli mój sarkastyczny księgowy

Do tego dochodzi Ciastek.

Ciastek jest takim małym, sarkastycznym strażnikiem budżetu.

Rzuca tekstami niczym główny księgowy.

Niby z humorem.
Niby grzecznie.
Ale gdzieś tam wierci dziurę w brzuchu.

Nie krzyczy.
Nie obraża.
Nie zawstydza.

Ale przypomina, że kasa nie znika magicznie.

Ktoś ją wydaje.

I niestety tym kimś jestem ja.




Najważniejsza zmiana

Mój cykl zaczął się 7 maja 2026.

Od tego czasu używam aplikacji za każdym razem, kiedy robię jakikolwiek ruch na koncie.

Kasa ma się zgadzać tu i tam.

Bo tylko wtedy widzę realne wycieki.

I tak: to działa.

Dlaczego?

Bo zaczyna boleć moment, w którym chcę wydać kolejne 5–10 zł na pierdołę, której tak naprawdę nie potrzebuję.

Nawet głupi wafelek potrafi nagle stać się decyzją.

A nie automatem.


Kiedy potrafię się zatrzymać

Potrafiłam trzy razy iść do sklepu i zatrzymać się w połowie drogi.

Zrezygnować.

Wrócić do domu.

Nie kupić.

Bo nagle pojawiło się pytanie:

„Po co?”

I jeśli jestem w stanie zatrzymać się, wrócić, zostać w domu i nie kupić — to jest dla mnie niesamowity postęp.

Może dla kogoś to mała rzecz.

Dla mnie ogromna.


Zakupy online i trik z koszykiem

Druga rzecz, która pomaga mi szczególnie przy zakupach online, to koszyk.

Wrzucam do koszyka to, co wydaje mi się „must have”.

A potem…

zamykam aplikację.

Nie kupuję.

Nie klikam „zapłać teraz”.

Nie kończę transakcji.

Zamykam aplikację i wychodzę.


Wyłączyć alerty, uciec z koszyka

Bardzo ważne jest też wyłączenie alertów, przypomnień i powiadomień.

Tych wszystkich komunikatów:

„kup teraz”
„została ostatnia sztuka”
„masz zniżkę”
„jeszcze tylko dziś”
„dodaj do koszyka za 1 grosz”
„kup za 700, a dostaniesz 1000 w kuponach”

Na szczęście nigdy nie zrobiłam tak wielkich zakupów, ale sam widok takich komunikatów potrafi kusić straszliwie.

Dlatego wyjście z koszyka bez „zapłać teraz” jest dla mnie ważnym elementem detoksu.

Mózg cieszy się, że coś tam jest w koszyku.

Że czeka.

Że zawsze mogę wrócić.

A potem zajmuję się czymś innym.

Alerty nie wyskakują.

I po jakimś czasie napięcie spada.


Koszyk może poczekać

Jeśli po czasie dalej uważam, że ta rzecz jest naprawdę potrzebna — mogę do niej wrócić.

Ale bardzo często okazuje się, że wcale nie chcę jej tak bardzo.

Chciałam impuls.

Chciałam kliknięcie.

Chciałam ulgę.

A niekoniecznie kolejną paczkę.

I to jest duża różnica.


To nie jest idealne. Ale działa

Nie stałam się nagle osobą idealnie kontrolującą pieniądze.

Nie o to chodzi.

Chodzi o to, że zaczęłam widzieć.

A kiedy widzę, mam wybór.

Mogę dalej kupić.
Mogę odłożyć.
Mogę wrócić.
Mogę powiedzieć: nie teraz.

I to już jest coś.


Gdyby był dzwon, zadzwoniłabym

Na swoim przykładzie mogę powiedzieć jedno:

nie uległam kompulsywnym zakupom tyle razy, ile wcześniej pewnie bym uległa.

Gdyby istniał taki dzwon zwycięstwa, to naprawdę bym w niego zadzwoniła.

Bo dla mnie to jest wygrana.

Nie dlatego, że już nigdy nic głupiego nie kupię.

Nie dlatego, że Lucy została finansową mistrzynią zen.

Tylko dlatego, że między impulsem a zakupem pojawiła się pauza.

A czasem ta pauza ratuje portfel.

Strona wraz z linkami do wersji polskiej i angielskiej TUTAJ.

Komentarze

Warto przeczytać

Update aplikacji

Update aplikacji BodyMirror Zrobiłam update aplikacji BodyMirror – w sekcji "Waga" dołożyłam opcjonalne "Wypróżnienia", gdzie będzie można wpisać ich rodzaj oraz ilość. Logika aplikacji działa na podobnej zasadzie - analizuje wzroce na podstawie wpisanych posiłków. Ilość snu powiązałam również z posiłkami, samopoczuciem, ewentualną wagą, ale wzorzec będzie widoczny dopiero po około 10 wpisach. Link do aplikacji jest TUTAJ .

Dlaczego cukier, a nie erytrytol?

  Dlaczego cukier, a nie erytrytol? Brzmi jak herezja, prawda? Internet od kilku lat próbuje przekonać mnie, że cukier to biała śmierć, a erytrytol, ksylitol i cała reszta słodzikowej rodziny to niemal cud natury. No więc... Mój brzuch ma na ten temat nieco inne zdanie. Przecież są zdrowsze zamienniki Jest ich całe mnóstwo. Erytrytol. Ksylitol. Stewia. Słodziki. Mieszanki. Produkty "bez cukru". Produkty "fit". Produkty "zero". Produkty "light". Brzmi świetnie. I pewnie dla wielu osób faktycznie świetnie działa. Ja też dałam się skusić. Oczywiście na promocji. Bo jakżeby inaczej. Lucy zobaczyła promocję Zachęcona atrakcyjną ceną kupiłam dwa opakowania erytrytolu. Dwa. Bo przecież jak promocja, to trzeba korzystać. Prawda? Nieprawda. Już po pierwszym użyciu gorzko tego pożałowałam. Dosłownie i w przenośni. Czym właściwie są poliole? Tutaj zaczyna się ciekawsza część historii. Erytrytol i ksylitol należą do grupy substancji nazywanych poliolami. Pol...

Dziwny przypadek Lucy

  Dziwny przypadek Lucy vel Lucindy (mój znaczy): Ten sam obiad. Prawie. Czasem człowiekowi wydaje się, że już coś wie. Że zna winowajcę. Że rozgryzł swój brzuch. Że problemem jest mięso, tłuszcz, smażenie, ciężki obiad albo jeszcze coś innego. A potem wystarczy zmienić jeden element posiłku i cały misterny plan analizy robi efektowne „ups”. Tak właśnie było u mnie. A właściwie u Lucy. No dobrze. U mnie. Przypadek numer jeden: ziemniaki i dramat Posiłek: obiad. Ziemniaki. Schab z szybkowaru. Sałata masłowa z jogurtem greckim i cukrem. Teoretycznie nic szalonego. Mięso gotowane, nie smażone. Ziemniaki normalne, bez tłuszczu i mleka. Sałata masłowa. Jogurt grecki, trochę cukru. Brzmi jak zwykły domowy obiad, a nie jelitowy zamach stanu. A jednak. Dość krótko po posiłku zaczął boleć mnie brzuch. A kilka godzin później pojawiły się gazy takie, że pies nie chciał spać ze mną w łóżku. I powiedzmy sobie szczerze: jeśli pies rezygnuje z łóżka, to sytuacja jest poważna. Lucy oczywiśc...