Przejdź do głównej zawartości

Dziwny przypadek Lucy

 


Dziwny przypadek Lucy vel Lucindy (mój znaczy):

Ten sam obiad. Prawie.

Czasem człowiekowi wydaje się, że już coś wie.

Że zna winowajcę.
Że rozgryzł swój brzuch.
Że problemem jest mięso, tłuszcz, smażenie, ciężki obiad albo jeszcze coś innego.

A potem wystarczy zmienić jeden element posiłku i cały misterny plan analizy robi efektowne „ups”.

Tak właśnie było u mnie.

A właściwie u Lucy.

No dobrze. U mnie.


Przypadek numer jeden: ziemniaki i dramat

Posiłek: obiad.

Ziemniaki.
Schab z szybkowaru.
Sałata masłowa z jogurtem greckim i cukrem.

Teoretycznie nic szalonego.

Mięso gotowane, nie smażone.
Ziemniaki normalne, bez tłuszczu i mleka.
Sałata masłowa.
Jogurt grecki, trochę cukru.

Brzmi jak zwykły domowy obiad, a nie jelitowy zamach stanu.

A jednak.

Dość krótko po posiłku zaczął boleć mnie brzuch.

A kilka godzin później pojawiły się gazy takie, że pies nie chciał spać ze mną w łóżku.

I powiedzmy sobie szczerze: jeśli pies rezygnuje z łóżka, to sytuacja jest poważna.

Lucy oczywiście udawała, że nie wie, o co chodzi.


Przez długi czas podejrzewałam mięso

Do tej pory byłam prawie pewna, że problemem jest mięso.

Zwłaszcza mięso smażone.

To wydawało się logiczne.

Cięższe trawienie.
Tłuszcz.
Obciążenie żołądka.
Klasyka.

Tylko że ten schab nie był smażony.

Był z szybkowaru.

I tu zaczęło mi coś zgrzytać.

Bo jeśli nawet gotowane mięso robiło mi problem, to może winowajcą było mięso samo w sobie?

Kurczak, indyk, wieprzowina — serio, czasem mam wrażenie, że mój brzuch nie robi wielkiej różnicy. Po prostu mówi: „nie, dziękuję, odpalamy alarm”.

A potem przyszedł drugi obiad.


Przypadek numer dwa: ryż i cisza

Posiłek: obiad, kolejny tydzień.

Ryż jaśminowy.
Schab z szybkowaru.
Sałata masłowa z jogurtem greckim i cukrem.

Czyli prawie to samo.

To samo mięso.
Ta sama sałata.
Ten sam jogurt.
Ten sam cukier.

Zmieniłam tylko ziemniaki na ryż.

I co?

Nic.

Zero.
Null.
Cisza.

Brzuch nie bolał.
Gazów nie było.
Dramatu nie było.
Pies mógł spać spokojnie.

Nawet ciastka zjadłam i nic.

Znaczy Lucy zjadła.

Oczywiście.


I wtedy zrobiło się ciekawie

Bo to już nie wyglądało jak przypadek.

Jeśli raz po ziemniakach był ból brzucha i gazowy koniec świata, a po podobnym posiłku z ryżem nie było nic, to trudno tego nie zauważyć.

Nie mówię od razu, że „ziemniaki są złe”.

Nie mówię, że każdy ma tak samo.

Ale u mnie zapaliła się lampka.

A Lucy oczywiście stała pod tą lampką z miną:
„ja tylko przyszłam zjeść obiad”.


Przypadek numer trzy: smażony kurczak i… nic

A potem zrobiłam kolejny test.

Posiłek: obiad.

Smażona noga z kurczaka.
Ryż.
Zasmażane buraczki.

I teraz uwaga.

Smażone mięso.
Buraczki.
Czyli coś, co teoretycznie mogłoby zrobić mi jelitową rewolucję.

I co?

Nic.

Zero jakichkolwiek problemów.

Nie bolał mnie brzuch.
Nie miałam wzdęć.
Nie było gazów.
Nie było tego znajomego uczucia, że organizm właśnie pisze reklamację do właścicielki.

I wtedy pomyślałam:

A może to naprawdę nie mięso?


Może problemem nie jest cały posiłek

To jest coś, co coraz częściej do mnie wraca.

Czasem próbuję znaleźć jednego wielkiego winowajcę.

Mięso.
Gluten.
Słodycze.
Smażone.
Nabiał.
Warzywa.

A może czasem problemem nie jest cała kategoria.

Może problemem jest konkretny element.

Albo połączenie.

Albo pora dnia.

Albo ilość.

Albo coś, co wygląda niewinnie, bo przecież „wszyscy to jedzą”.

I właśnie dlatego samo hasło „jem zdrowo” coraz mniej mi wystarcza.

Bo mogę zjeść coś normalnego, domowego, teoretycznie lekkiego — i cierpieć.

A mogę zjeść coś mniej „idealnego” i nie mieć żadnej reakcji.

Brzuch nie czyta internetowych zasad.

Brzuch ma własny regulamin.

Niestety napisany drobnym drukiem.


Ryż jako spokojniejszy wybór

Na razie wygląda na to, że ryż jaśminowy jest dla mnie dużo spokojniejszym dodatkiem niż ziemniaki.

Nie magicznym.

Nie cudownym.

Nie „sekretem życia”.

Po prostu: po nim mój brzuch zachowuje się ciszej.

A cisza w brzuchu to dla mnie bardzo konkretna informacja.

Czasem cenniejsza niż tysiąc porad.


Niedziela będzie testem kotleta

W niedzielę planuję kolejny test.

Kotlety.

Ale z ryżem.

I wtedy zobaczę, co się stanie.

Bo jeśli po kotlecie z ryżem będzie spokojnie, a po ziemniakach był dramat, to zrobi się naprawdę ciekawie.

Jeśli okaże się, że ja po prostu ziemniaków nie mogę…

to dopiero będzie śmieszne.

Lucy będzie oburzona.

Ja trochę też.

Bo człowiek przez lata podejrzewa mięso, smażenie, tłuszcz, życie, pogodę i własne decyzje, a tu nagle może się okazać, że głównym podejrzanym był ziemniak.

Ziemniak.

Taki zwykły.

Niewinny z wyglądu.

A jednak potencjalnie podejrzany.


Nie chodzi o zakazy. Chodzi o obserwację

Ten wpis nie jest o tym, że ziemniaki są złe.

Nie jest też o tym, że ryż jest idealny.

To jest wpis o tym, że czasem warto zmienić jedną rzecz i zobaczyć, co się stanie.

Nie wszystko naraz.

Nie całą dietę.

Nie rewolucję.

Jeden element.

Bo wtedy naprawdę można zauważyć różnicę.

A ja coraz bardziej widzę, że moje ciało często nie potrzebuje kolejnego zakazu.

Potrzebuje, żebym w końcu zaczęła słuchać tego, co pokazuje.

Nawet jeśli czasem pokazuje palcem na ziemniaka.


Lucy kontra ziemniak

Lucy oczywiście chciałaby prostych odpowiedzi.

Najlepiej takich, które brzmią:

„To nie twoja wina, to wszystko przez los.”

Albo:

„Jedz co chcesz, nic się nie stanie.”

Ale niestety mój brzuch nie współpracuje z tą narracją.

Mój brzuch mówi:

„Zapisuj. Porównuj. Sprawdzaj. I nie udawaj, że nie widzisz.”

No to zapisuję.

A ziemniak trafia na listę podejrzanych.

Na razie nie skazany.

Ale obserwowany.


Komentarze