Przejdź do głównej zawartości

Dlaczego czas spożywania posiłku ma znaczenie

 

Sarkastyczny obrazek przedstawiającą kobietę o imieniu Lucy, która bardzo szybko zjadła swój posiłek (pusty talerz).

20 minut zguby

Lucy nie je. Lucy wpierdziela.

I nie chodzi o ilość.
Chodzi o tempo.

Bo kiedy Lucy zaczyna jeść, to jakby ktoś wyłączył pauzę.

Dokąd się tak spieszysz, Lucy?


Nie zawsze chodzi o to, ile jem

Przez długi czas myślałam, że problem jest tylko w ilości jedzenia.

Że jeśli po posiłku czuję się ciężko, przejedzona albo mam wyrzuty sumienia, to znaczy, że po prostu zjadłam za dużo.

I czasem faktycznie tak jest.

Ale coraz częściej widzę, że u mnie problem zaczyna się wcześniej.

Nie przy dokładce.
Nie przy ostatnim kęsie.
Tylko już przy pierwszych minutach jedzenia.

Bo ja nie jem spokojnie.

Ja startuję.


Lucy nie ma trybu „powoli”

Lucy siada do posiłku i zachowuje się tak, jakby ktoś miał jej ten talerz za chwilę zabrać.

Widelec pracuje.
Głowa nie nadąża.
Brzuch jeszcze nic nie zdążył powiedzieć, a talerz już prawie pusty.

I potem przychodzi klasyczne zdziwienie:

„Ale jak to ja już tyle zjadłam?”

No właśnie tak, Lucy.

Za szybko.


Mózg potrzebuje czasu

To jest rzecz, o której teoretycznie wiem, ale praktycznie bardzo często ją ignoruję.

Organizm nie działa jak przycisk.

To nie jest tak, że jem trzy kęsy i od razu dostaję komunikat:

„Dziękujemy, głód został wyłączony.”

Sygnał sytości potrzebuje czasu. Często mówi się o około 20 minutach, zanim ciało i mózg naprawdę „załapią”, że człowiek nie jest już głodny.

A jeśli ja w te 20 minut zdążę zjeść cały posiłek, dokładkę i jeszcze coś „na koniec”, to nic dziwnego, że potem czuję się źle.

Nie dałam sobie szansy usłyszeć sygnału stop.


Czas też jest składnikiem posiłku

Zaczęłam myśleć o czasie jak o czymś, co jest częścią jedzenia.

Tak jak produkt.
Tak jak pora dnia.
Tak jak ilość.

Bo czas też zmienia efekt.

Ten sam posiłek zjedzony powoli może dać uczucie sytości i spokoju.

Ten sam posiłek zjedzony w pośpiechu może skończyć się ciężkością, przejedzeniem i pytaniem:

„Po co ja to zrobiłam?”

I to jest dla mnie ważne odkrycie.

Bo nie zawsze muszę zmieniać wszystko na talerzu.

Czasem muszę zmienić tempo.


Szybkie jedzenie wyłącza kontakt z ciałem

Kiedy jem szybko, nie mam czasu zauważyć, co się dzieje.

Nie zauważam momentu, w którym głód zaczyna się zmniejszać.

Nie zauważam, że smak przestał już dawać taką przyjemność jak na początku.

Nie zauważam, że jem bardziej z rozpędu niż z potrzeby.

Lucy wtedy prowadzi.

A ja dopiero później sprawdzam szkody.


To nie jest tylko kwestia kultury jedzenia

Nie chodzi mi o eleganckie siedzenie przy stole, świeczki i przeżuwanie każdego kęsa jak w poradniku mindfulness.

Życie tak nie wygląda.

Czasem człowiek je w pracy.
Czasem w stresie.
Czasem między jednym obowiązkiem a drugim.

Ale nawet wtedy tempo ma znaczenie.

Bo jeśli jem tak, jakbym uciekała przed niedźwiedziem, to moje ciało też może wejść w tryb alarmowy.

A ciało w trybie alarmowym nie zawsze trawi spokojnie.


Moja mała pauza

Nie planuję nagle stać się osobą, która je każdy posiłek przez 45 minut i kontempluje marchewkę.

Nie oszukujmy się.

Ale chcę spróbować jednej rzeczy:

zrobić pauzę w trakcie jedzenia.

Nie po wszystkim, kiedy już za późno.

Tylko w połowie.

Odłożyć sztućce.
Wziąć oddech.
Zapytać siebie:

„Czy ja jeszcze jestem głodna, czy już tylko jadę rozpędem?”

To brzmi banalnie.

Ale dla Lucy to może być rewolucja.


Najtrudniejszy moment to nie głód

Najtrudniejszy moment to ten, w którym jedzenie jest dobre, talerz jeszcze nie jest pusty, a ja mogłabym przestać.

Mogłabym.

Ale nie przestaję.

Bo Lucy mówi:

„Dokończ.”

„Jeszcze trochę.”

„Przecież szkoda zostawić.”

„Przecież to nie jest dużo.”

I właśnie wtedy czas ma znaczenie.

Bo jeśli wstawię pauzę, mam szansę odzyskać decyzję.


Nie chcę się karać. Chcę zwolnić

Nie chodzi o to, żeby robić z jedzenia test silnej woli.

Nie chcę siedzieć nad talerzem i walczyć ze sobą jak z wrogiem.

Chcę po prostu dać sobie kilka minut więcej.

Tyle.

Kilka minut, żeby ciało zdążyło wysłać sygnał.

Kilka minut, żeby mózg zdążył go odebrać.

Kilka minut, żeby Lucy nie była jedyną osobą przy stole, która podejmuje decyzje.


Dokąd się tak spieszysz, Lucy?

To pytanie zostaje ze mną najmocniej.

Bo ono nie dotyczy tylko jedzenia.

Dotyczy tego dziwnego pędu, który czasem włącza się we mnie automatycznie.

Szybciej zjeść.
Szybciej kupić.
Szybciej poczuć ulgę.
Szybciej dostać nagrodę.

A potem szybciej żałować.

Może więc czasem warto nie zaczynać od zakazu.

Może czasem warto zacząć od tempa.

Od pauzy.

Od jednego pytania:

Dokąd się tak spieszysz, Lucy?

Komentarze

Warto przeczytać

Update aplikacji

Update aplikacji BodyMirror Zrobiłam update aplikacji BodyMirror – w sekcji "Waga" dołożyłam opcjonalne "Wypróżnienia", gdzie będzie można wpisać ich rodzaj oraz ilość. Logika aplikacji działa na podobnej zasadzie - analizuje wzroce na podstawie wpisanych posiłków. Ilość snu powiązałam również z posiłkami, samopoczuciem, ewentualną wagą, ale wzorzec będzie widoczny dopiero po około 10 wpisach. Link do aplikacji jest TUTAJ .

Dlaczego cukier, a nie erytrytol?

  Dlaczego cukier, a nie erytrytol? Brzmi jak herezja, prawda? Internet od kilku lat próbuje przekonać mnie, że cukier to biała śmierć, a erytrytol, ksylitol i cała reszta słodzikowej rodziny to niemal cud natury. No więc... Mój brzuch ma na ten temat nieco inne zdanie. Przecież są zdrowsze zamienniki Jest ich całe mnóstwo. Erytrytol. Ksylitol. Stewia. Słodziki. Mieszanki. Produkty "bez cukru". Produkty "fit". Produkty "zero". Produkty "light". Brzmi świetnie. I pewnie dla wielu osób faktycznie świetnie działa. Ja też dałam się skusić. Oczywiście na promocji. Bo jakżeby inaczej. Lucy zobaczyła promocję Zachęcona atrakcyjną ceną kupiłam dwa opakowania erytrytolu. Dwa. Bo przecież jak promocja, to trzeba korzystać. Prawda? Nieprawda. Już po pierwszym użyciu gorzko tego pożałowałam. Dosłownie i w przenośni. Czym właściwie są poliole? Tutaj zaczyna się ciekawsza część historii. Erytrytol i ksylitol należą do grupy substancji nazywanych poliolami. Pol...

Dziwny przypadek Lucy

  Dziwny przypadek Lucy vel Lucindy (mój znaczy): Ten sam obiad. Prawie. Czasem człowiekowi wydaje się, że już coś wie. Że zna winowajcę. Że rozgryzł swój brzuch. Że problemem jest mięso, tłuszcz, smażenie, ciężki obiad albo jeszcze coś innego. A potem wystarczy zmienić jeden element posiłku i cały misterny plan analizy robi efektowne „ups”. Tak właśnie było u mnie. A właściwie u Lucy. No dobrze. U mnie. Przypadek numer jeden: ziemniaki i dramat Posiłek: obiad. Ziemniaki. Schab z szybkowaru. Sałata masłowa z jogurtem greckim i cukrem. Teoretycznie nic szalonego. Mięso gotowane, nie smażone. Ziemniaki normalne, bez tłuszczu i mleka. Sałata masłowa. Jogurt grecki, trochę cukru. Brzmi jak zwykły domowy obiad, a nie jelitowy zamach stanu. A jednak. Dość krótko po posiłku zaczął boleć mnie brzuch. A kilka godzin później pojawiły się gazy takie, że pies nie chciał spać ze mną w łóżku. I powiedzmy sobie szczerze: jeśli pies rezygnuje z łóżka, to sytuacja jest poważna. Lucy oczywiśc...